Leofoto Mr Q LQ–324C – recenzuje Michał Warda

Leofoto Mr Q LQ–324C – recenzuje Michał Warda

Na przestrzeni ostatnich lat, a zwłaszcza podczas ostatnich zawirowań związanych z Covid–19 ostrożnie podchodzimy do wszelkich inwestycji związanych z rozwojem firmy. Branża fotograficzna rozwija się niezwykle dynamicznie i naturalnym jest, że chcemy mieć najnowsze fotograficzne zabawki. Nie sposób jednak nadążyć za nowinkami. Każdego miesiąca jesteśmy wręcz zalewani produktami a producenci wmawiają nam, że potrzebujemy każdego nowego gadżetu.

Ale czy tak jest naprawdę?

Jeszcze kilka lat temu doskonale sobie radziliśmy pracując lustrzankami bez możliwości wykrywania twarzy czy oka. Jakość sensorów, ich rozpiętość tonalna, szybkość odczytu czy w końcu ilość pikseli była znacznie poniżej obecnych standardów, ale czy to się przekładało na mniejsze zadowolenie naszych klientów ze zdjęć?

Nie!

Może nie wszyscy to wiedzą, ale ponad połowa naszej działalności to fotografia portretowa. A ta dziedzina fotografii to budowanie relacji, komunikacja, atmosfera. Wśród naszych klientów przeważają osoby nie związane na co dzień z mediami. Wymagają dokładnego pokierowania, zarówno przed jak i podczas samej sesji.

Studyjna fotografia portretowa powinna być wyjątkowym przeżyciem zarówno dla modela jak i fotografa. Mówi się, że portret to efekt końcowy takiego spotkania. To co uchwycimy w drugiej osobie to nie tylko wyrzeźbiona światłem twarz. To zbiór czynników, które wpływają na ekspresję, otwartość przed obiektywem, czyli gotowość modela do współpracy.

A wiecie co najbardziej przeszkadza podczas zdjęć? Utrudniona komunikacja z modelem. Rozmowa i kontakt wzrokowy jest kluczem. Nie najnowszy bezlusterkowiec czy obiektyw.

Dochodzimy do cichego bohatera dzisiejszego artykułu. Bohatera, który co prawda nie przekłada się w prosty sposób na wzrost naszych zarobków, ale jest tym elementem, bez którego nie wyobrażasz już sobie sesji jeśli raz spróbujesz.

Statyw. Narzędzie, dzięki któremu nie jesteśmy niewolnikami aparatu. Zobaczcie zresztą poniższy film – widać na nim sposób naszej pracy podczas sesji. Aparat spoczywa na statywie, podpięty do laptopa na którym na bieżąco oceniamy efekty pracy. Podczas sesji skupiamy się na komunikacji z modelem, korektach światła wyzwalając migawkę w odpowiednim momencie niemal nie patrząc w wizjer. Kadr jest precyzyjnie ustawiony wcześniej a model porusza się w pewnym z góry określonym obszarze. Komfort takiej pracy zarówno dla nas jak i dla bohatera zdjęć jest nie do przecenienia.

Jeszcze kilka lat temu podpatrując wielkich fotografów portretowych zastanawiałem się – po co sobie utrudniać sobie tak życie. Wystarczy przecież jasna stałka, dobry korpus i lampa. Rach ciach i portret gotowy. Na cholerę pracują ze statywu. Co prawda Dorota wiele razy mi mówiła – spróbujesz, to zobaczysz. Ale ona niemal wychowała się w studiu fotograficznym. Nie to co ja – dziecko streetphoto z dalmierzem w ręku.

Krajobraz? A po co mi statyw jak mam światło i iso 400? I tak dalej, i tak dalej.

Patrzyłem na to wszystko z perspektywy używania statywu, który ma niemal 20 lat i waży tyle co wypchany po brzegi sprzętem plecak. Jest ciężki, duży i nieporęczny. Głowica jest mało precyzyjna i całość wymaga anielskiej wręcz cierpliwości podczas zdjęć. Podczas naszej pracy komercyjnej zdarzały się oczywiście sytuacje, kiedy targaliśmy po Europie tego kloca by zrobić zdjęcia wnętrz w Londynie czy wnętrza ciemnych fabryk w Niemczech czy Rumunii.

Powód był konkretny i oczywisty – taki, dla którego kupujemy statyw w pierwszej kolejności. Nieporuszone zdjęcia na niskim ISO i wysokiej przysłonie rzędu f16-f22 przy świetle zastanym. W skrajnych sytuacjach czasy naświetlania dochodzą do kilkudziesięciu sekund.

Kolejnym powodem, dla którego możesz potrzebować dobrego statywu jest wielokrotne naświetlanie tej samej sceny z różnymi parametrami – naświetlając raz na cienie i raz na światła. Z ostrością bliżej lub dalej. Po to by kilka klatek zmontować w jedną doskonałą.

Podobny zabieg stosujemy często we wnętrzach robiąc kilka takich samych kadrów ale doświetlając indywidualnie kolejne fragmenty wnętrza i sklejając kilka klatek w jedną lub chcemy pokazać ruch w kadrze ale mieć ostre fragmenty jak w timelapsach.

Powodów jest wiele. I szczerze powiedziawszy, żaden mnie nigdy nie przekonał do zamiany wielkiego ciężkiego statywu na lekką mobilną alternatywę. Największa wada naszego staruszka, jest też jego zaletą. Przez swoją wagę oferuje doskonałą stabilność. Ale też jego konstrukcja pochodzi z czasów kiedy nikomu nie śniło się wykorzystać w statywie lotniczego aluminium czy konstrukcji z 10- cio warstwowego włókna węglowego z krzyżowym splotem, który poza zwiększoną sztywnością, doskonale redukuje drgania.

Technologia, na którą lubię czasem ponarzekać wprowadziła do świata statywów wiele nowości i udogodnień oraz sprawiła, że zwykły statyw stał się niezwykle przemyślanym i pomocnym narzędziem.

Za nowym statywem zacząłem się rozglądać całkiem niedawno. Ostatni rok poza ostrożnością w podejmowaniu inwestycji wprowadził kilka naprawdę pozytywnych zmian. Nasze studio portretowe się rozwija, projekty osobiste, które ewoluują, coraz częściej łączą w sobie portret z krajobrazem, martwą naturą i wizualnymi eksperymentami, a do tego podstawowymi narzędziami są aparaty średnio formatowe o dużych matrycach. Nasz najstarszy aparat nie ma wbudowanej stabilizacji i ma stosunkowo niskie używalne iso, za to odwdzięcza się bardzo analogowym obrazowaniem. Wymaga jednak do pracy statywu. Najlepiej takiego o dużej sztywności, dobrej mobilności i przemyślanej ergonomii z jednoczesną dobrą redukcją drgań. Kto robił architekturę w centrum miasta lub przy zajezdni tramwajowej wie o czy mówię. Do listy wymagań doszła jeszcze kolumna centralna – bardzo przydatna podczas sesji portretowych. Pozwala na szybką zmianę kadru i wysokości aparatu bez ruszania nóg i ponownego poziomowania całości. Najlepiej jeszcze, by kolumna była wyjmowana i by szybko można było zmienić głowicę – czyli serce statywu, które wpływa na komfort, precyzję pracy i pewność mocowania zestawu którym pracujemy.

Przed zetknięciem z marką Leofoto weszliśmy na stronę The Center Column by wybrać statyw do pracy. Ktoś nam szepnął o solidności ich recenzji, ale po przeczytaniu kilku doszliśmy do wniosku, że wiemy o statywach mniej niż nam się wydawało. Jest to ogromny segment rynku fotograficznego. Postanowiliśmy więc nieco uporządkować wiedzę.

Wybierając statyw musimy wziąć pod uwagę kilka istotnych kwestii. Co fotografujemy i w jakich warunkach terenowych i pogodowych. Jak przewozimy sprzęt i jak dużo z nim chodzimy. Jakiego rodzaju obiektywów używamy. Wybór statywu to sprawa bardziej skomplikowana niż na pierwszy rzut oka wygląda.

Na statyw pozornie składają się tylko dwa elementy – nogi i głowica. Parametrami, które trzeba brać pod uwagę jest waga, wysokość i sztywność zestawu oraz ew. funkcjonalność wynikająca z dodatkowych punktów mocowania, typu bazy, jej średnicy, mocowania, kąta rozwarcia nóg i ilości sekcji czy łatwości rozbierania na części w celu konserwacji. Sporo tego, a pewnie jeszcze nie ruszyłem połowy parametrów.

To co ważne – trzeba sobie szczerze odpowiedzieć, do czego statyw jest potrzebny najczęściej. W 99% przypadków okaże się, że nie potrzebujemy najdroższego i największego modelu o największej nośności. Ja w przedbiegach odpuściłem więc sobie Gitzo Systematic, który bez głowicy kosztuje niemal 5k. Nie warto też przesadnie oszczędzać – koniec końców i tak kupuje się lepszy. Oszczędny często traci podwójnie.

Osobiście nie pracuje zestawem aparat/obiektyw cięższym niż 3kg. A jeżeli już, statyw mogę dociążyć wieszając na haku przymocowanym do bazy lub kolumny centralnej, dodatkowy ciężar (plecak) uzyskując ekstra stabilność. Stosunkowo rzadko też targam statyw na szczyty gór, więc mogę mieć model ze średniego przedziału waga/wielkość a skupić się na dodatkowych aspektach, jak choćby to czy mam w zestawie kolumnę centralną, czy mogę szybko zmienić głowicę na inną lub używać statywu bez głowicy i oczywiście jaką głowicę dostanę w zestawie. czy całość jest wystarczająco sztywna i dobrze tłumi drgania.

Podsumowując moje wymagania: Wysokość około 170cm – idealnie około 180. Waga poniżej 2kg, długość po złożeniu około 55cm. Udźwig – około 10–12kg. Lubię mieć zapas. Kolumna centralna w zestawie. Mogła by mieć w opcji możliwość pracy w poziomie ale korzystałem z tej opcji może 5 razy przez 15 lat więc nie jest to must have. Solidna głowica 3D z przekładniami zębatymi. Rozsuwanie sekcji podobne jak w Gitzo, czyli twist lock – można tam złapać jednocześnie 3 sekcje i jednym ruchem obrotowym odkręcić całość. Dodatkowe punkty montażowe – chcę statyw wykorzystać również do filmów/live etc i chcę mieć możliwość wkręcenia dodatkowych akcesoriów bez stosowania obejm na nogi.

Na markę Leofoto trafiłem kompletnie przypadkowo. Jeżeli zapytacie mnie o markę statywów w pierwszej kolejności wymienię Manfrotto i Gitzo. Na drugim oddechu wymienię Really Right Stuff , Sirui i Feisol. Ale Leofoto? Gdyby nie to, że dystrybutor AngelBird (swoją drogą AngelBird to najlepsze karty pamięci do sprzętu foto-video) wrzucił na Facebooka post o statywach, to bym na Leofoto nie wpadł. Ale stało się – moja pierwsza myśl, kurna jak to dobrze wygląda! Tak jest! Sprzęt Leofoto jest po prostu ładny i od pierwszego kontaktu budzi zaufanie wyglądem, który wzmacnia się jak tylko weźmiemy sprzed do rąk i zaczniemy z nim pracować.

No i co mi zrobicie. Gdyby nie to, że faktycznie potrzebowaliśmy statywu do pracy i tak bym kupił któryś dla samego posiadania (ale to przed 2020’ – teraz mamy nieco inne podejście).

Oczywiście jak już dowiedziałem się o istnieniu Leofoto, musiałem poszukać porównań z Gitzo – do ostatecznego zignorowania potentata skłoniło mnie powtarzające się jak mantra opinie – doskonała budowa, parametry zbliżone do Gitzo, w niektórych aspektach nawet bardziej przemyślane i oferujące kompleksowy system. Przekomiczny test z wykorzystaniem “generatora wstrząsów” na DPReview TV to była kropka nad i.

Leofoto ma bardzo bogatą ofertę. Nie rozwodząc się – polecam ich stronę. To co mi wpadło w oko to pozornie tylko “średniak” z oferty – Mr Q a dokładniej LQ– 324C z głowicą kulową LH–40. Jest to bardzo udane połączenie serii Summit z serią Ranger. Nazywany “baby Summit”.

Statyw spełnia moje podstawowe wymagania poza jednym – dołączona jest głowica kulowa a ja jestem fanem głowic 3d z przekładniami zębatymi do precyzyjnego komponowania. Może to moja indywidualna cecha, ale taka głowica pozwala mi szybciej i precyzyjniej ustawić kompozycję i dokonywać małych korekt. Jest to istotne zwłaszcza przy wszelkiego rodzaju reprodukcjach czy macro fotografii. Sprawdza się nawet przy portretach gdy chcemy kontrolować kadr tylko w jednej płaszczyźnie – korzystając z pokrętła tilt. Wysokość statywu jest niemal doskonała – wyższy statyw niestety byłby też dłuższy po złożeniu. Coś za coś. Na pewno do kolekcji dołączy za jakiś czas statyw z kategorii XL z możliwością zamocowania kolumny centralnej o precyzyjnym ustawianiu wysokości.

Dlaczego więc wybrałem MR Q z głowicą kulową a nie kompletowałem zestawu indywidualnie? Każda głowica 3D jaką pracowałem, średnio sprawdzała się w podróży. Za duże, za ciężkie trudne w transporcie. Te najlepsze – jak Arca Swiss D4 oferują fantastyczne parametry ale kosztują majątek. Mając w głowie mobilność zestawu zamówiłem więc trochę w ciemno statyw z dodatkową głowicą Leofoto G4, wzorowaną na D4 ale kilkukrotnie od niej tańszą i w odróżnieniu od większości głowic 3d bardzo kompaktową. Podejrzewam też, że nieco mniej sztywną od kulowej ale – jestem wobec siebie szczery i nie potrzebuję najlepszej na świecie. Wystarczy mi top 5. A Leofoto chwali się, że G4 jest bardzo zaawansowana i precyzyjnie wykonana.

Zamówiłem więc statyw MR Q LQ–324C z dwoma głowicami – kulową i 3d. Całość przyszła bardzo gustownie zapakowana, w zestawie jest dobrej jakości wodoodporny pokrowiec z ekstra miejscem na kolumnę, metalowe kolce oraz klucze do regulacji, kolumna centralna nogi i kolumna LH–40. Leofoto G4 zapakowana oczywiście oddzielnie.

Od pierwszego tygodnia pracy na tym zestawie widzę dwie ogromne zalety. Dzięki unikalnemu systemowi wypinania centralnej kolumny w statywie MR Q, mogę zmienić konfigurację i zamiast centralnej głowicy umieścić płytkę bazową w dosłownie kilka sekund. Wystarczy odkręcić zabezpieczenie – i zwolnić blokadę guzikiem. I tyle – można wyjąć kolumnę a na jej miejsce włożyć drugą głowicę. Jeden statyw, dwa oblicza. Na pewno na leśne wycieczki zabiorę zestaw bez kolumny. Jest wtedy lżejszy, aparat jest nieco niżej ale za to całość jest sztywniejsza i lepiej tłumi drgania. Drugi benefit to łatwość transportu. Nogi z odpiętą głowica mieszczą się do plecaka. Nie muszę się martwić o to czy zahaczę o cokolwiek podczas wycieczek a nie zawsze chcę dźwigać ekstra pokrowiec.

Cyfry w wielkim skrócie. Wysokość maksymalna to 1685mm z kolumną i 1395 bez kolumny. Jest to statyw 4 sekcyjny i waży z głowicą niecałe 2kg. Maksymalny udźwig to 15kg, po złożeniu zajmuje tylko 580mm z głowicą – spokojnie zmieści się w bagażu podręcznym. Bez niej niecałe 490mm. Baza ma 56mm szerokości więc można przykręcić nieco większą głowicę a w zestawie mamy głowicę kulową LH–40, która sama w sobie ma udźwig 20kg ważąc zaledwie 496 gram. Leofoto określa go jako innowacja, o czym za chwilę.

Wrażenie jakie statyw i głowice robią na żywo jest lepsze niż na zdjęciu. Solidna, precyzyjna robota, doskonałe spasowanie elementów. Dbałość o detale pierwsza klasa! Myślę, że Gitzo ma naprawdę solidnego konkurenta, ale na pewno to zweryfikuję jak ktoś odważy się wypożyczyć mi do testu Mountaineer-a 😉

Podczas intensywnych 70 godzin pracy na sesji komercyjnej zamieniałem kilkukrotnie głowice by solidnie porównać ich jakość wykonania, precyzję i komfort pracy na jednej i drugiej. Moje wieloletnie nawyki pracy portretowej z głowicą 3d powoli ustępowały szybkości i wygodzie pracy głowicy kulowej. I muszę przyznać – dla 90% użytkowników głowica kulowa będzie idealnym wyborem. LH–40 zaopatrzona jest w 3 pokrętła. Jedno od blokowania panoramy, regulacji oporu kuli i największe do jej kompletnego zablokowania. Na górze pokrętło do blokowania płytki z aparatem. Płytka oczywiście w standardzie Arca Swiss. Takie detale jak frezowanie pokręteł, skala w dolnej części to pozycja obowiązkowa w tej półce cenowej. To co mi przeszkadza – poziomica jest umiejscowiona zaraz obok szybkozłączki. Poziomowanie z założonym aparatem jest mocno utrudnione.

Nogi jak się spodziewałem – stabilne, ale bez kolumny centralnej odrobinę za krótkie. To co mi się nie podoba – system rozsuwania kolejnych sekcji nie informuje o zablokowaniu i kilka razy dokręciłem nieco za lekko sekcję. Na ogromny plus łatwość rozebrania całości w celu wyczyszczenia. Gwint jest zabezpieczony uszczelką więc nie spodziewam się wielu okazji do powyższego. Ciekawie jest rozwiązanie blokowanie kąta rozstawu nóg. Zwalniamy zapadkę, która po zmianie kąta rozstawu nóg “wpada” na swoje miejsce. Solidne i nieskomplikowane rozwiązanie. Do tego statyw możemy po wyjęciu kolumny centralnej rozłożyć niemal na płasko. Osobiście rzadko korzystam z takiej opcji, ale kto wie. Jeden z moich fotograficznym mentorów powiedział, że rozwój fotografa ma kilka etapów. I kiedy już minie fascynacja streetphoto, dokumentem, deadpanem i portretem ( w tej kolejności) przyjdzie czas na szukanie przygody w detalach i fakturach. Kto wie – może zakup lepszego statywu zbliża do tego etapu 😉 Zwłaszcza gdy mamy zamocowaną głowicę taką jak Leofoto G4.

Jest ona stworzona do precyzyjnej pracy w terenie. Jest niewielka, stosunkowo lekka (ponoć jedna z najlżejszych na rynku głowic 3d) i nie ma odstających nadmiarowo pokręteł. To co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, to poza oczywistą precyzją wykonania, praca pokręteł. Nie musimy siłowo ich dokręcać w celu zablokowania aparatu w ustalonej pozycji. Wystarczy lekki docisk co sprawia, że pracuje się wyjątkowo przyjemnie. Na pokrętłach odpowiedzialnych za precyzyjne ustawienie kompozycji nie ma luzu. Na logikę, głowica jest nieco mniej sztywna niż głowica kulowa, ale przy moich realizacjach nie zauważyłem by był to problem. To co mi przeszkadza – brak precyzyjnej przekładni przy panoramie. Ale to jest chyba standard również w innych markach. Na plus – po odblokowaniu na przykład dźwigni “tilt” głowica zachowuje pewną sztywność. Przez swoje gapiostwo zapiąłem raz gfx-a w niezablokowaną głowicę i nie skończyło się dramatem.

Jedna rzecz jest do zbadania – trwałość. Ciężko to ocenić nawet po 100 godzinach pracy non-stop. Osobiście nie patyczkuję się ze sprzętem i nic jeszcze nie urwałem, więc Mr Q rokuje;)

Dobry statyw to akcesorium, które w niektórych dziedzinach fotografii jest niezbędne, w innych może być pomocne a w niemal każdej dziedzinie na pewno pomoże dwa razy przemyśleć kadr przed naciśnięciem spustu migawki. Praca średnim formatem w ten sposób to pewna forma medytacji. Cały proces rozciąga się w czasie a efekty potrafią zaskoczyć. Osobiście muszę spróbować ulicznego portretowania. Mój ulubiony portrecista mówi, że jest odbierany poważniej, gdy pracuje na statywie.

Coś w tym musi być.

Language